W planie było zwiedzenie Wenecji. Lekkie rozczarowanie umieszczanymi tam reklamami, ale Olga (i jej mapa) wiedziała gdzie nas dalej poprowadzić....
 |
| jupi !! |
Kolejna pobudka w środku nocy (kto na urlopie wstaje
o 7:00 ??) Zwijamy namioty, siodłamy maszyny i ruszamy
w stronę Gardy. Zauważyłam, że z każdym kolejnym pakowaniem, coraz ciężej mi się zmieścić w torbach.
W domu wszystko ładnie poukładane, a teraz coraz większy młyn.... no ale przecież celem wyprawy nie jest nauka estetycznego pakowania bagażu.
 |
| zwijamy noclegownie |
Pogoda znów w kratkę ale docieramy szczęśliwie do celu - Bardolino nad Gardą.
Na terenie naszego campingu (Continental) widzimy kilka motocykli.....jakiś czas później panowie zagadali po Czesku nazywając nas "bajkerki frajerki" .....chyba widzieli po naszych minach, że coś jest nie halo, bo pośpiesznie wyjaśnili, że frajerka to po czesku dziewczyna.
Po wymianie jeszcze kilku uprzejmości i spostrzeżeń na temat przejechanych tras i km, grzecznie się pożegnałyśmy
i poszłyśmy posmakować włoskiego wina. Olga zaopatrzona
w rozmówki zagadywała kelnera, któremu nie przeszkadzało nawet to, że jedna z nas rozlała wino :) Miły spacer po okolicy został brutalnie przerwany przez burzę. Nim zdążyłyśmy dobiec do (przemakających ) namiotów, część schowanych w środku rzeczy była już mokra.
Zrobiłyśmy parę kursów do campingowej, murowanej toalety, żeby przenieść bagaże i razem z nimi spędzić tam prawie całą noc. Rano udało nam sie wynająć bungalov, dzięki czemu mogłyśmy rozpocząć rozwieszeanie mokrych ciuchów, wypychanie butów papierowymi ręcznikami (brak gazet) i dyżur przy suszarce do włosów.
 |
| słoneczna Italia... |
Fajnie było mieć świadomość że najbliższą noc spędzimy
w suchym miejscu. Gdy tylko pokazało się słońce, ruszyłyśmy pozwiedzać okoliczne miasteczka, i deszcz okazał sie łaskawy, bo tylko wieczorem lekko pokropiło.

Rano, żeby nie było za kolorowo, znów towarzyszyły nam mocne opady a spacery po Sirmione odbywałyśmy
w pełnym okondomowaniu
i z kaskami na głowach.

 |
| suszenie |
Praktycznie cały dzień był pod znakiem deszczu, i na ostatni włoski nocleg wybieramy pewien przytulny hotelik..... cena za nocleg zwalała z nóg, a znajomość angielskiego u obsługi ograniczała się do podania ceny i kilku standardowych regułek. Całe przemoczone i pod ostrzałem spojrzeń reprezentantów włoskiej starszyzny targamy graty na ostatnie piętro.
 |
warstwa izolacyjna dedykowana
dla różowych Martensów |
Pokazujemy miłej pani, że mamy wszytko mokre
i przydałaby się jakaś suszarka, albo grzejnik, żeby to wszystko wysuszyć. Za oknem ulewa w pełni, a pani pokazuje, że mamy sobie te mokre rzeczy powiesić na wieszaku i wywiesić za okno, bo tam jest taki specjalny uchwyt do tych wieszaków.........zwątpiłam ! śmiać się czy płakać ? robi sobie z nas jaja czy ona po prostu tak ma?
 |
| suszenie kasku |
 |
"szycie" z worków na śmieci...
...zwykłe przeciwdeszczowe wdzianko potrzebuje wsparcia |
 |
efekt
worki na śmieci + taśma pattex |
Rano, wyspane, wysuszone ponownie się pakujemy i ruszamy w stronę domu.
15 sierpnia (Święto) większość stacji benzynowych jest nieczynnych. Znalazłyśmy samoobsługową i po rozszyfrowaniu włoskiej instrukcji zabieramy się za tankowanie. Stałam obok mojego motocykla, a kluczyk był już w pokrywie baku. Szukając kasy poczułam mocne uderzenie w tyłek i uda....moja maszyna postanowiła się położyć, uderzając we mnie bakiem.

Spod ziemi wyłonił się jakiś Włoch który podniósł motor ale najlepsze było dopiero przed nami. Okazało się, że klucz który był
w baku- zgiął się wpół i ta część która wcześniej wystawała- teraz idealnie przylegała do pokrywy baku.... Przerażenie
w oczach Marty (bo swojego nie widziałam) pamiętam do dziś. Dziewczyny jeszcze wtedy nie wiedziały, że mam zapasowy klucz .... :) Martwiło mnie tylko to, że tego wbitego klucza nie dało się wyjąć. Co z tego, że odpalę stacyjkę drugim, skoro nie otworze baku i nie doleje benzyny.

Hmmmm czy moje rozszerzone AC
i asistance przewiduje takie przypadki ?? Cierpliwość popłaciła i po dłuuuugich minutach udało się wyjąć klucz w jednym kawałku.
 |
| postój na Włoskiej trasie |
 |
| Olga |
 |
| podziękowania dla samowyzwalacza |
Z lekko podwyższonym poziomem adrenaliny docieramy do Klagenfurtu, gdzie rozbijamy ciągle jeszcze mokre namioty.
 |
i znów od początku
rozkładanie namiotów idzie już dobrze |
Austriackie słońce uśmiechnęło się do nas, tak wiec wieczorem namioty były już suche i trochę mniej śmierdziały stęchlizną.
 |
| gotowe |
Czas na rozprostowanie kości i spacer po okolicy.
 |
| w oczekiwaniu na posiłek.... |
 |
| ... warto się czegoś napić w dobrym towarzystwie |
Rano wstałyśmy wcześniej niż zwykle bo miałyśmy do przejechania 700 km. To na tym odcinku zrodziło się hasło: "głodna jestem... od 300 km nic nie jadłam"
 |
| trzeba się zdrzemnąć...... |
 |
| ...i wysłać sms o treści "jest ok, dziś wracam" |
Do jazdy w cyklu mieszanym- słońce, deszcz, słońce, deszcz - już przywykłyśmy i wieczorem docieramy wszystkie szczęśliwe do domu.... W mieszkaniu zaczynam zdejmować z siebie prowizoryczną "podpinkę" z worków na śmieci, 3 pary rękawic foliowych ze stacji i całą resztę mokrych ubrań.
Jedno jest pewne- dzięki dziewczynom.....dzięki WREDNYM CYCLES to był najlepszy urlop.
DZIĘKUJĘ !!!
Dałyśmy rade !! Jak ktoś chce, to potrafi !!!!!!